31 sty 2016

Filmowa Niedziela #4 Zjawa

Dzisiejszy post będzie się nieco różnić od poprzednich Filmowych Niedziel, ponieważ skupię się w nim na recenzji tylko jednego filmu. Ale za to jakiego! "Zjawa", bo właśnie o tym filmie mowa, swoją polską premierę kinową miał w piątek. A biorąc pod uwagę obsadę i liczbę nominacji do Oscarów, jakie ten film zgarnął, to nie widziałem innej opcji, jak tylko szybka wycieczka do kina.

Tytuł: Zjawa
Reżyser: Alejandro Gonzalez
Czas trwania: 156 min.
Premiera: 29 stycznia 2016

Już od początku rzuca się w oczy, że "Zjawa" nie jest aż tak komercyjnym filmem, jak poprzednie dzieło Alejandro Gonzaleza, czyli "Birdman" (który rok temu zdobył Ocara w kategorii: najlepszy film roku), niemniej jednak przedstawiona w nim historia zawiera wszystkie potrzebne elementy, by zadowolić szarych zjadaczy chleba średnio odwiedzających kino dwa razy do roku i zachować przy tym artystyczne podłoże, które docenią osoby szukające w filmach czegoś więcej niż banalne i oczywiste rozwiązania podane na tacy. 

"Zjawa" jest filmem zimnym i męskim, ukazującym napędzający całość motyw zemsty i motyw przetrwania w trudnych do życia warunkach. Leonardo DiCaprio wcielający się w główną rolę Hugha Glassa poradził sobie mistrzowsko. Ten aktor nie boi się trudnych ról co pokazał już wiele razy. Odgrywana przez niego postać jest surowa i twarda niczym skała, dodatkowo nie posiada zbyt wielu dialogów dzięki czemu można skupić się na pracy ciała i mimice twarzy, po których widać, że aktor oddał się tej roli całkowicie. Pozostała, zdominowana przez mężczyzn obsada, poradziła sobie równie dobrze ze szczególnym wyróżnieniem Toma Hardy'ego.

Przed seansem myślałem, że "Zjawa" będzie filmem wręcz niezręcznie cichym, jednakże w trakcie oglądania zostałem zaskoczony wspaniałą ścieżką dźwiękową, która wypełniła pustki i podkreśliła klimat poszczególnych scen. Natomiast w momentach kiedy nie rozbrzmiewała muzyka uraczony zostałem dźwiękami lasu, wiatru, czy chociażby wody płynącej w rzekach. Dzięki temu jako widz mogłem poczuć większe połączenie z naturą, którą można podziwiać, której można się bać, a która jest bardzo ważnym elementem tego filmu. Jednak nawet mając na względzie doznania słuchowe, najnowsze dzieło Alejandro Gonzaleza wydaje się być spokojne i stonowane,skupiające uwagę na aspektach pozornie błahych, jak piękne ujęcia i przestrzeń jaką oferują poszczególne miejsca akcji. Bohaterów rzadko kiedy ograniczają cztery ściany, dzięki czemu można poddać się ogromowi nieokiełznanej przyrody.

Film sam w sobie jest spójny i poza wątkiem Hugha prezentuje również przebitki na losy innych bohaterów, co chwilami bywa miłą odmianą od niekończącej się tułaczki według niektórych nieśmiertelnego) głównego bohatera. Akcja początkowo jest dosyć wartka, gdzieś w środku filmu nieco zwalnia wprowadzając trochę nostalgii, by finalnie znowu nabrać tempa i zaserwować mocne, może dla niektórych nieco zbyt hollywoodzkie zakończenie.

Nie gwarantuję, że "Zjawa" Alejandra Gonzaleza spodoba się Wam tak bardzo, jak mnie. Jest to film ambitny, artystyczny i agresywny, a co za tym idzie,  skierowany nie do wszystkich. Widzowie szukający taniej rozrywki, znajdą tutaj niewiele, aczkolwiek sądzę, że zarówno fani reżysera, jak i Leonarda DiCaprio powinni być zadowoleni. Nie jestem pewien, czy "Zjawa" zgarnie Oscara, jako najlepszy film, niewątpliwie jednak Leo zasłużył na nagrodę za swoją rolę pierwszoplanową. Nie wspominając już o niedźwiedziu i koniu, który powinien zostać nagrodzony za bycie najlepszą kryjówką forever (obejrzycie, to zrozumiecie).

Ocena filmu:


Byliście? Widzieliście? Sądzicie, że "Zjawa" rzeczywiście zasłużyła na dwanaście nominacji do Oscarów?


30 sty 2016

[PRZEDPREMIEROWO] Dziewczyna z ogrodu [RECENZJA]

Tytuł: Dziewczyna z ogrodu
Autor: Parnaz Foroutan
Ilość stron: 240
Wydawnictwo: Kobiece
Cena: 34,90 zł

Żyjącemu w Iranie Asherowi nie brak pieniędzy. Dzięki prowadzonym przez niego interesom jego rodzina stała się zamożna i jedyne, czego w tym momencie mu do szczęścia potrzeba, to dziecko, a dokładniej syn, który mógłby odziedziczyć i pomnażać majątek ojca. W tym celu Asher bierze za żonę młodą i piękną Rakhelę. Ta jednak mimo wielu wspólnych nocy nie jest w stanie zajść w ciążę. Jest to hańba zarówno dla mężczyzny, który uważany jest za niedostatecznie męskiego by spłodzić dziecko, jak i dla kobiety, na którą spływa wina i oskarżenia męża. Rakhela mimo młodego wieku będzie musiała stawić czoła problemom i nowej wybrance Ashera, która ma zostać jego kolejną żoną i urodzić upragnionego syna. 


"Dziewczyna z ogrodu" to przede wszystkim książka o kobietach, skierowana głównie do kobiet, chociaż mężczyznom też może się spodobać i dać w niektórych tematach wiele do myślenia. Problematyka powieści dotyka życia i wartości kobiet w Iranie. Ponadto autorka serwuje niezwykle czytelny obraz tego, jak silnie na relacje w rodzinie oddziałuje potrzeba posiadania potomka, który przedłużyłby ród i mógł odziedziczyć dorobek ojca. Parnaz Foroutan w fabułę sprawnie wprowadza elementy rodzącej się zawiści, która popycha Rakhel do niegodziwych czynów. Kobieta ta odsłania przed czytelnikami swoje dwulicowe i niegodziwe oblicze. Gotowa jest zrobić wszystko, by tylko zachować przy sobie Ashera. Czy to jednak dwulicowość czy może tylko potrzeba bycia tą jedyną i najważniejszą kobietą w życiu swojego męża? 

Fabuła jest zwarta, a historia opowiadana przez autorkę ciekawa, dzięki czemu powieść nie traci na jakości mimo braku wartkiej akcji. Teraźniejszość miesza się tu chwilami z przyszłością, która nie jest jakoś specjalnie oznaczona, przez co w nielicznych momentach można się nieco zagubić, nie jest to jednak żadna rażąca wada. Miejscem akcji "Dziewczyny z ogrodu" jest głównie posiadłość Ashera mieszcząca się w miasteczku Kermanshah, którego mieszkańcy skorzy są do plotek, jeżeli tylko jakaś rodzina wyróżni się na tle innych, żyjących wobec utartych norm.

Debiutancka powieść Parnaz Foroutan należy do bardzo udanych książek, które czyta się przyjemnie i szybko, chociaż do łatwych i wesołych nie należy. Pokazując trudy życia kobiet w żydowskiej rodzinie zamieszkującej Iran pozostawia wiele w głowie, poruszając problemy w niektórych krajach aktualne do dzisiaj. Aczkolwiek poza przygnębiającą prawdą "Dziewczyna z ogrodu" daje też promień nadziei w postaci Makhube, córki jednej z bohaterek, Chorshid, która wbrew wszystkiemu postanawia zadecydować o swoim losie i zdobyć wiedzę, która w przyszłości pozwoli jej podjąć normalną pracę. To właśnie dzięki niej zakończenie powieści nabrało słodko-gorzkiego smaku. 

Jeżeli szukacie książki smutnej, momentami poruszającej, a przede wszystkim prawdziwej i wiarygodnej, to "Dziewczyna z ogrodu" sprawdzi się idealnie. Nie brak w niej agresji i okrutnych realiów, które mogą poruszyć nie tylko kobiety.

Ocena książki: 8/10

Plusy:
-porusza ważny temat życia irańskich kobiet
-pokazuje siłę zawiści i potrzeby bycia "tą jedyną"
-poligamia jako problem przedstawiony z perspektywy jednej z żon

Minusy:
-brak

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.


27 sty 2016

Etta, Otto. Russell i James [RECENZJA]


Tytuł: Etta, Otto. Russell i James
Autor: Emma Hooper
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: W.A.B.
Cena: 39,99 zł

Mająca 83 lata Etta Kinnick nigdy nie widziała oceanu, dlatego pewnego dnia wstaje, pakuje do plecaka najważniejsze rzeczy i wychodzi z domu pozostawiając niczego nieświadomego męża Ottona, by pieszo przebyć dwa tysiące mil. To będzie długa wędrówka i nikt nie wie, jak się skończy. Czy Etta poradzi sobie sama i dotrze do celu? A jeżeli tak, to czy potem uda jej się wrócić do domu?

Patrząc na opis tej książki, spodziewałem się lekkiej, sentymentalnej, nieco nostalgicznej, a może nawet smutnej obyczajówki. Niestety poza literaturą obyczajową nie otrzymałem nic z powyższych. Debiutancka powieść Emmy Hooper jest wybitnie nijaka i do tego grubymi nićmi szyta, tak, by czytelniku wywołać sztuczne i złudne poczucie nadziei. Fabuła błądzi gdzieś między teraźniejszością, a przeszłością. I jak się w tym momencie okazuje, historia podróży Etty wcale nie jest dominującym wątkiem w książce. Jest zaledwie jednym z wielu wątków i według mnie akurat tym najnudniejszym. Cała ta trwająca kilka tygodni wędrówka ponad osiemdziesięcioletniej Etty jest mocno naciągana. Nasza bohaterka to wytrwały wędrowiec, który unika wszelkich wygód hoteli, śpiąc głównie pod gołym niebem. Niestraszna jej pogoda i brak sklepów, w których mogłaby kupić jedzenie, bowiem ta staruszka choć nigdy nie widziała oceanu, to wie czym jest prawdziwy survival i w wielu sytuacjach sama zdobywa jedzenie. Dodatkowo po drodze zaprzyjaźnia się z kojotem, który w wyniku kontuzji łapy. nie jest w stanie samodzielnie polować. Co zatem robi nasz Bear Grylls? (czyli w domyśle Etta) Nie, nie zjada go. Za to niczym Katniss Everdeen poluje na wiewiórki i inne małe leśne żyjątka, by nakarmić swojego "przyjaciela". Jeżeli jeszcze nie uznaliście tej opowieści za mocno naciąganą to trzeba nadmienić, w trakcie tych wydarzeń Etta staje się kimś pokroju superbohatera, o którym rozpisuje się każda możliwa gazeta. Już sam fakt, że rozpoznają ją dzieciaki wydaje się dziwny. No heloł! Który amerykański nastolatek czyta gazety (pomijając tych wykluczonych ze społeczeństwa i odrzuconych jednostek, którym zawsze jest pod górkę) i interesuje się emerytkami podróżującymi setki kilometrów po lasach... z kojotem u boku... kulawym kojotem. 

Na tle tego, pozostałe wątki wypadają nieco lepiej, co jednak nie oznacza, że czyta się je z zapartym tchem. Brak tu emocji i czegoś co napędziłoby fabułę i przyciągnęło mnie do lektury na dłużej niż kilka minut. Najciekawsze wydawały się wspomnienia Etty i Ottona, w których to można było zobaczyć historię ich powoli rodzącej się miłości. "Etta, Otto. Russell i James" napisane zostało prostym, chwilami nawet irytującym językiem, ze szczególnym uwzględnieniem konstrukcji dialogów. w których brak myślników, przez co często po prostu musiałem się domyślać, że mam przed oczami rozmowę dwójki bohaterów, tudzież po prostu gubiłem się w jego trakcie, nie wiedząc czyja kwestia przed chwilą padła. Nie wspominając już o "OK", pojawiającym się średnio kilka razy (nawet z rzędu) w każdej dłuższej rozmowie. No ile można? Istnieją przecież jeszcze inne słowa potwierdzające np. tak, owszem, jasne. 

Książka ta niestety w żadnym stopniu nie spełniła moich oczekiwań. Dłużyła się do tego stopnia, że w pewnym momencie miałem po prostu ochotę ją odłożyć i nigdy więcej do niej nie wracać. Jest to bardzo słaby debiut i można mieć tylko nadzieję, że kolejne książki Emmy Hooper okażą się lepsze, chociaż ja raczej nie dam tej autorce drugiej szansy. Bo życie jest za krótkie, by marnować je na kiepskie książki. Nie polecam.

Ocena książki: 4/10

Plusy:
-jeżeli przeciętność uznajemy za plus...

Minusy:
-niezbyt wiarygodny wątek podróży
-wielokrotnie dłużyła się podczas czytania
-brak w niej emocji


24 sty 2016

Filmowa niedziela #3: Oscarowe nadrabianki


Nominacje do tegorocznych Oscarów znane są od dziesięciu dni, więc na pewno każdemu już przed oczami mignęła jakaś informacja na ten temat, chociażby odnośnie "Zjawy" z Leonardo DiCaprio, która zgarnęła najwięcej, bo aż dwanaście nominacji. Czy ten film na to zasłużył? O tym przekonam się w następny weekend, kiedy odbędzie się oficjalna kinowa premiera "Zjawy" w Polsce. 

Trochę dziwi mnie fakt, że "Makbet" w reżyserii Justina Kurzela nie żadnej nominacji. Co prawda, nie nazwałbym tego filmu najlepszym, jaki udało mi się zobaczyć w 2015 roku, jednak spokojnie zasłużył na nominację za fantastyczną muzyką oraz kostiumy (o zjawiskowej roli Michaela Fassbendera już nie wspominając). Dlaczego więc film ten został pomięty?

Dzisiaj jednak nie o "Makbecie", (którego recenzowałem jakiś czas temu) a o filmach, które faktycznie zostały nominowane do Oscarów. W tym roku postanowiłem trochę wcześniej zapoznać się z filmami, które mają okazję zgarnąć jakieś nagrody. Kilka z nich już za mną (w tym "Joy" i "Nienawistna ósemka", o których ostatnio pisałem tu) wiele jednak wciąż przede mną, szczególnie tych, których polska premiera jeszcze się nie odbyła. 

Korzystając z okazji udało mi się nadrobić dwa, których krótkie recenzje zamieszczam poniżej.

Tytuł: Spectre
Reżyser: Sam Mendes
Czas trwania: 148 min.
Premiera: 6 listopada 2015

Ostatnia część Bonda zgarnęła mieszane recenzje i tylko jedną nominację do Oscara w kategorii: Najlepsza piosenka, za "Writing's on the Wall" wykonywaną przez Sama Smitha. Po zakończonym seansie już mnie to nie dziwi, bowiem "Spectre" do wybitnie dobrych filmów nie należy i ludzie raczej szybko o nim zapomną. Chociaż do wielkich fanów agenta 007 nigdy nie należałem i samego Bonda znam jedynie z filmów, w których wystąpił Daniel Craig, to nie pogardziłbym powtórnym seansem wspaniałego "Casino Royale", czy "Skyfall". Gdzieś pomiędzy tymi filmami wydane było jeszcze nieco gorsze i niepotrzebne "007 Quantum of Solace". Jeżeli więc przyjąć, że co drugi film z Bondem wypada słabiej od poprzednika, to idealnie trafiamy na "Spectre".

Ja wiem, że te filmy rządzą się własnymi prawami i fani 007 byliby zawiedzeni gdyby zabrakło typowych, zrobionych z rozmachem pościgów, czy też romansu z piękną, poznaną niedawno kobietą. Jednak z drugiej strony, no ile można? "Spectre" jest do bólu przewidywalny i schematyczny, zatem widz nie dostaje nic innego, jak tylko powtórkę wydarzeń z poprzednich części, tylko w innym otoczeniu i z innymi bohaterami (pomijając niezmiennego Bonda). Mamy zatem wspomniane pościgi, liczne sceny walki, z których główny bohater najczęściej wychodzi bez większego szwanku, jest też naiwny romans i czarny charakter, za pomocą którego twórcy "Spectre" starają się zrobić z widza idiotę. Kiedy pojawia się spowity w półmroku "ten zły" grany przez Christophera Waltza, wszyscy na ekranie milkną w oczekiwaniu na jego złowieszcze, wymówione półgłosem słowa. I w tym momencie wszystko dookoła aż krzyczy: Patrzcie! To czarny charakter! To za nim przez pół filmu będzie uganiać się Bond i to z nim rozegrane zostaną finałowe sceny! No serio? Dodatkowo nasz "Pan Zło Wcielone" posiada masywnego goryla, który nie uczestniczy w dialogach a jedynie odgrywa typową maszynkę do zabijania. Nie wiem czy dało się to bardziej spartaczyć. Sam Bond nie zaskakuje. Z każdej sytuacji ratuje się wciskając jakiś magiczny guzik albo skacze w miejsce, które "przypadkowo" okazuje się być bezpieczną strefą. 

Tak więc "Spectre" nijak ma się do uwielbianego przeze mnie "Skyfall" i tylko pokazuje, jak bardzo przewidywalne potrafi być kino akcji. Jednak nie martwcie się zbytnio, ponieważ fani samego Bonda jak i grającego go Daniela Craiga otrzymali kolejny wysokobudżetowy produkt. Dla mnie to niestety za mało, bo cholernie się wynudziłem oglądając ten film. 

Ocena filmu:



Tytuł: Big Short
Reżyser: Adam McKay
Czas trwania: 130 min.
Premiera: 1 stycznia 2016

O wielkim kryzysie na światowym rynku w 2008 roku na pewno słyszał każdy. Nie każdy jednak jest w stanie powiedzieć jakie były jego przyczyny. "Big Short" opowie Wam to za sprawą aktorów z najwyższej półki, wśród których znaleźli się m.in.: Brad Pitt, Ryan Gosling, czy Christian Bale nominowany do Oscarów za najlepszą rolę drugoplanową. Poza tym film nominowany został również w kategorii: Najlepszy film, Najlepszy reżyser, Najlepszy scenariusz adaptowany oraz Najlepszy montaż. Tak pokaźna liczba wyróżnień nie mogła dotyczyć złego filmu.

I w rzeczy samej "Big Short" to świetny, oparty na faktach obraz, który poza zwykłą, dotykającą przeszłości historią serwuje wspaniałą, silną męską obsadę, która w każdym momencie daje z siebie wszystko. Do tego jeszcze specyficzny montaż, rzucający się w oczy już od pierwszych minut seansu. Duża liczba ważnych i związanych z fabułą postaci skutkuje częstym skakaniem po wątkach, dzięki czemu w jakiś sposób nie odczuwa się ogromnej ilości dialogów występujących w tym filmie. W to wszystko dodatkowo wplątane zostają krótkie, kilkudziesięcio sekundowe klipy zmontowane ze scen ukazujących życie zwykłych obywateli ameryki, I chociaż raz, czy dwa moja koncentracja podczas filmu osłabła, przekierowując myśli w miejsce inne niż ekran znajdujący się przede mną, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to film ważny, który nie tylko pokazuje fakty, ale też serwuje dawkę mocnego humoru i tłumaczy wiele dotąd niezrozumiałych pojęć, za sprawą przerywników, w których pojawiają się osoby kompletnie niezwiązane z całą historią, wyjaśniając wiele istotnych kwestii tak, by nawet niekoniecznie bystry widz był w stanie zrozumieć sens i logikę poszczególnych terminów często w "Big Short" używanych. 

Nie jestem do końca pewien, czy "Big Short" to film, który ma szansę zgarnąć statuetkę w kategorii: najlepszy film roku, uwierzcie mi jednak, że zasługuje na Waszą uwagę. To połączenie prawdziwej historii wielkiego kryzysu i dobrego kina dla wymagających.

Ocena filmu:


Widzieliście "Spectre" lub "Big short"? Sądzicie, że te filmy powinny wygrać?