29 wrz 2015

Endgame. Wezwanie [RECENZJA]

Tytuł: Endgame. Wezwanie
Autor: James Frey
Wydawnictwo: SQN
Ilość stron: 512
Cena: 37 zł

W różnych miejscach na ziemi spada dwanaście meteorytów. Jest to wezwanie dla dwunastu reprezentantów starożytnych cywilizacji do Endgame, gry mającej na celu wyłonić jednego zwycięzcę, którego lud będzie miał zagwarantowane bezpieczeństwo. Aby wygrać należy dostarczyć trzy klucze. Od momentu rozpoczęcia gry losy graczy niejednokrotnie się skrzyżują, bowiem zaczyna się prawdziwa walka, w której wszystkie zasady są dozwolone. "Endgame" to jednak nie tylko powieść, ale i multimedialne wyzwanie dla czytelników, których zadaniem jest odszukanie wszystkich wskazówek, które pozwolą wygrać (ponoć) pokaźną nagrodę.

Przyznam, że dawno żadna książka nie wywołała u mnie tak sprzecznych emocji. Z jednej strony "Endgame" okazało się rozczarowaniem, a z drugiej... coś w sobie ma i warto ją polecić, odpowiednio dobranej grupie czytelników.

Zacznijmy może od pozytywnych aspektów, do których niewątpliwie należy oprawa graficzna. Okładka książki wygląda, jakby zrobiona była ze szczerego złota, dzięki temu wyróżnia się na tle innych powieści znajdujących się w mojej biblioteczce. Wewnątrz również nie jest gorzej, ponieważ znajduje się tam wiele grafik ilustrujących zagadki i łamigłówki z którymi czytelnik będzie miał do czynienia podczas czytania. Chociaż "Endgame" liczy sobie ponad 500 stron, to powieść tę czyta się stosunkowo szybko, ze względu krótkie rozdziały, prostą konstrukcję zdań i fakt, że książka napisana jest z perspektywy wielu postaci, co znacznie ubarwia całość. Na plus zasługuje również szybkie tempo akcji, które można dostrzec już na pierwszych stronach powieści. Wiele z zawartych w "Endgame" scen pościgów, czy chociażby imponujących scen walki często kojarzyło mi się z tak kultowymi filmami jak "Matrix", czy chociażby "Kill Bill". Swoją drogą ta książka to dobry materiał na ekranizację, która przy odpowiednim potraktowaniu przyciągnęłaby do kin tłumy dzieciaków (i nie tylko). Już sam pomysł połączenia książki z multimedialnym wyzwaniem, dzięki któremu ktoś na świecie ma okazję zgarnąć 3 000 000 $, jest czymś wartym uwagi.

Skoro była mowa o zaletach, to jak wiadomo muszą być i wady, a obok nich niestety nie mogę przejść obojętnie. "Endgame" to przede wszystkim twór skierowany do młodzieży, ale na tle jej podobnych książek nie radzi sobie aż tak dobrze. Opiera się na dosyć łatwym do przewidzenia schemacie, w tle którego przewija się tani wątek miłosny w postaci (niestety) trójkąta. Choć bohaterów jest tutaj dość sporo, to większość z nich wydawała mi się po prostu identyczna i aż do ostatnich stron kilkoro z nich było dla mnie wciąż nie do odróżnienia. Jeżeli już mowa o postaciach, to irytujące były ich zachowania, podejmowane decyzje i rozmowy. Tak jakbym momentami do czynienia miał z bandą nieokrzesanych gimnazjalistów, a nie młodymi reprezentantami starożytnych cywilizacji, którzy całe swoje życie szkoleni byli do Endgame. Przez to cała powaga sytuacji, w jakiej znajdowali się poszczególni bohaterowie, ulatywała gdzieś w tle. Patrząc na tę książkę jako na ogół, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że wszystko to już było. Trójkąt miłosny, trudne wybory, śmiertelna gra, którą może wygrać tylko jedna osoba. "Igrzyska Śmierci"? Ten tytuł wiele razy przewijał się w mojej głowie podczas czytania książki Jamesa Frey'a, co jest zarówno ujmą jak i komplementem.

Podsumowując, "Endgame" nie jest złą książką. Mnie osobiście nie porwała tak, jakbym tego oczekiwał. Być może miałem co do niej zbyt wygórowane wymagania. Sięgnąć po nią powinni na pewno ci, którzy dotąd nie mieli okazji przeczytania zbyt wielu młodzieżówek. "Endgame" skierowana jest raczej do młodszych czytelników, którzy liczą na dużo akcji przy jak najmniejszym nagromadzeniu zbędnych opisów. To także książka idealna dla odkrywców, którym nie straszne są zagadki i wszelkiego rodzaju łamigłówki. Jeżeli więc chcecie podjąć wyzwanie, dołączyć do jednego ze starożytnych ludów i wygrać nagrodę, koniecznie sięgnijcie po tę książkę!

Ocena książki: 6/10

Plusy:
-szybko się czyta
-wiele dobrych scen akcji

Minusy:
-korzystanie z oklepanych schematów
-mało wyraziści bohaterowie

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu SINE QUA NON


26 wrz 2015

Pachnidło. Historia pewnego mordercy [RECENZJA]

Tytuł: Pachnidło. Historia pewnego mordercy
Autor: Patrick Suskind
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 256
Cena: 15zł

Osiemnaste stulecie. Francja. Na targu, pośród brudu rodzi się dziecko, które powinno umrzeć, a mimo wszystko żyje. Krzykiem oznajmia światu o swoim istnieniu, jednakowo skazując swoją matkę na śmierć. Tym dzieckiem jest Jan Baptysta Grenouille, który różni się od pozostałych ludzi. Obdarzony jest niezwykłym węchem, dzięki czemu bez problemu rozpoznaje wszystkie zapachy i czuje to, czego inni poczuć nie mogą. Niestety, pozbawiony jest głębszych uczuć, przez co niezdolny jest do prawdziwej miłości. Czy aby na pewno? Po osiągnięciu odpowiedniego wieku Jan Baptysta postanawia spełnić swój jedyny cel, którym jest stworzenie najpiękniejszego zapachu świata. Od tego momentu rozpoczyna się polowanie na młode "kwiaty" i mordercę- mistrza zapachów bez skrupułów.

"Pachnidło" już od pierwszych stron naciera na czytelnika niezwykłą ilością i różnorodnością zapachów. Począwszy od subtelnych wonnych kwiatów, aż do nieprzyjemnych odorów wydobywających się z chorych ludzkich ciał. Inaczej pachną bogaci, których stać na drogie perfumy, a inaczej biedni, którzy o takich luksusach mogą tylko pomarzyć. Czytając wystarczy tylko użyć trochę wyobraźni aby móc naprawdę poczuć zapachy, które tak szczegółowo zostały w Pachnidle opisane. To właśnie sprawia, że książka ta jest tak wyjątkowa, bowiem oddziałuje na zmysł węchu, momentami nawet porażając go i zmuszając czytelnika by przerwał i zaczerpnął świeżego powietrza.

Miejscem akcji pomimo kilku podróży Jana Baptysty, ostatecznie pozostaje XVIII wieczna Francja, brudna, śmierdząca, która odpycha swoim okrutnym realizmem, ukazując ludzi żyjących w skrajnej nędzy, do tego trawionych przez choroby. Po raz kolejny w kwestii opisów, autor książki, Patrick Suskind, spisał się wręcz mistrzowsko. Książkę przeczytałem stosunkowo szybko, a sama fabuła, chociaż czasami nieco zwalniała, to nie pozostawiała miejsca na nudę, ponieważ w takich miejscach oferuje prawdziwe smaczki w postaci opisów ówczesnego przemysłu perfumeryjnego i detali odnoszących się do trudnej i niejednokrotnie mozolnej sztuki sporządzania wyrafinowanych pachnideł, które mają wywoływać u ludzi pożądanie, podniecenie, czy namiętność.

Dużym plusem w Pachnidle jest narracja trzecioosobowa, która pozwala nie tylko śledzić poczynania Jana Baptysty, ale także zapoznaje z losami pobocznych bohaterów, którzy będąc w jakiś sposób związani z głównym bohaterem kończą swoje życie w bardzo dziwnych okolicznościach. Warto też dodać, że książka ta jest świetnym portretem mordercy- nieortodoksyjnego (nareszcie mogę użyć tego słowa!) Jana Baptysty, który wyróżnia się na tle społeczeństwa pod każdym względem. Wyzbyty z moralności i podstawowych ludzkich uczuć, dąży (po trupach) do swojego celu, jakim jest stworzenie najpiękniejszego zapachu w historii świata. To właśnie on jest bardzo mocną stroną tej powieści. Morderca, psychopata, a jednakowo geniusz w swoim fachu, obdarzony niespotykanym dotąd węchem, nie posiadający własnego zapachu, który równie dobrze mógłby stać się najbogatszym człowiekiem w branży perfumiarzy, chociaż mu na tym kompletnie nie zależy. Jan Baptysta Grenouille zaskakuje swoim zachowaniem, samozaparciem i dążeniem do perfekcji przez które posuwa się do najgorszych możliwych ludziom czynów.

Co prawda "Pachnidło" nie do końca zmroziło mi krew w żyłach, nie wystraszyło i raczej nie zaszokowało, jednak w jakiś dziwny sposób elektryzowało mnie i przyciągało aż do ostatnich stron. Być może stało się tak za sprawą naprawdę barwnego języka, ciekawego bohatera lub oryginalnego pomysłu na fabułę, który w tej powieści sprawdził się znakomicie. Mogę szczerze przyznać, że "Pachnidło" omamiło mnie swoimi zapachami, tak jak Grenouille mamił ludzi, tworząc perfumy, przez które postrzegano go jako innego człowieka niż był naprawdę. Patrick Suskind niewątpliwie ma talent i potrafi go wykorzystać, co powieść ta oddaje w stu procentach. Łącząc w sobie kryminał, thriller i pewne elementy horroru, stworzył książkę prawie idealną, po którą za kilka lat chętnie sięgnę ponownie, bowiem jest to prawdziwy klasyk, którego ze szczerym sercem polecam każdemu, kto przeczytał tę recenzję.

Ocena książki: 8/10

Plusy:
-realistyczna XVIII wieczna Francja
-ciekawy portret mordercy-geniusza
-zapachy mamiące czytelnika już od pierwszej strony

Minusy:
-brak


24 wrz 2015

#Sweet Book Tag

Witajcie! W ten szary, zimny, jesienny dzień przybywam do was z mocą tagów, do których nominowała mnie Paula z bloga rude recenzuje. Będzie wyjątkowo słodko, aż do porzygu! Oto #Sweet Book Tag, czyli tag, w którym przeczytane książki dopasowuje się do poszczególnych słodyczy. No to zaczynamy.



Nominacje lecą do:

Oczywiście ten tag można zrealizować także w wersji opisowej ;) Miłego dnia!


22 wrz 2015

Ćwiartka raz- Karolina Korwin-Piotrowska

Tytuł: Ćwiartka raz
Autor: Karolina Korwin-Piotrowska
Wydawnictwo: Prószyński i Sk-a
Ilość stron: 800
Cena: 44 zł

Jeszcze ponad rok temu o autorce książki, Karolinie Korwin-Piotrowskiej, nie wiedziałem zbyt wiele. Ot, taka pani pojawiająca się w telewizji, ponoć dziennikarka, bardziej jednak rozpoznawalna dla ogółu za sprawą szczerych (a wręcz dobitnych) opinii na temat show-biznesu i niezbyt przychylnych zdań kierowanych ku jej osobie, prosto z ust bezmózgich celebrytów. Ta kobieta była mi po prostu obojętna i pewnie byłoby tak do dzisiaj, gdyby nie bum, jakie wywołała wydana przez nią książka o frapującym tytule "Ćwiartka raz", która szybko zyskała uznanie, rozprzestrzeniając się drogą szeptaną od jednego blogera do drugiego. "Ćwiartkę..." zapragnęło przeczytać wielu, zapragnąłem również i ja. 

Jak się okazało, tytuł książki odnosi się do ostatnich dwudziestu pięciu lat w Polsce (1989-2014) i zmian, jakie zaszły w naszym kraju w tym czasie. Jest to również pewnego rodzaju rozliczenie dla naszych rodaków, pokazujące wszystkie ważniejsze osiągnięcia, skandale, rozwój mediów, kultury, czy chociażby ewolucję życia codziennego, tak bardzo zmienionego przez wszechogarniającą nas technologię. 

Czytanie "Ćwiartki raz" zacząłem w marcu, a skończyłem... kilka dni temu. Ktoś może pomyśleć, że lektura była tak kiepska, że musiałem ją przerwać i po pewnym czasie zrobić drugie podejście. Nic bardziej mylnego! Tę książkę można przeczytać od razu w całości, jednak osobiście to odradzam. Jest to raczej typ lektury, którą pochłania się powoli, krok po kroku. Przed tym warto naszykować sobie karteczki samoprzylepne, ołówek, a laptopa zostawić włączonego, bowiem każdy rozdział serwuje czytelnikowi porządną dawkę kultury, zaczynając od tytułów filmów wartych obejrzenia, poprzez wartościową muzykę, a kończąc na teatrze, czy chociażby na ciekawych wywiadach. Z tego też powodu, warto "Ćwiartkę..." odkrywać powoli, żeby się nie pogubić i móc w pełni skorzystać z dobrodziejstw o których Karolina Korwin-Piotrowska pisze. Bo jak się okazuje, Polska, chociaż wydawać się może, że dobra jest w tworzeniu produktów wybitnie nijakich (a nawet kiepskich) to posiada również w swoich zasobach prawdziwe perły, które wybijają się ponad całą resztę. I nie mówimy tutaj o (często przeze mnie wyśmiewanym) tzw. "światowym poziomie", lecz o poziomie i jakości prawdziwie polskiej, niekoniecznie odbieranej w złym świetle. Podróż w jaką zabiera nas ta książka pełna jest sentymentalizmu, smutku i radości, bowiem nie tylko pokazuje jak wiele osiągnęliśmy, ale również to, w jaką stronę zmierzają media i show-biznes, co niekoniecznie jest powodem do dumy. Mamy tutaj mnóstwo ciekawych retrospekcji, jak chociażby fałszującą Mandarynę, bądź Leszka, co hymnu nie znał (piątkę może przybić mu oderwana od rzeczywistości Edytka). Jest także historia pojawienia się w Polsce celebrytów. To wszystko, zgrabnie spięte i posegregowane chronologicznie na ośmiuset stronach. Pisząc o pozytywnych aspektach tej książki, warto również wspomnieć o bardzo dobrej oprawie graficznej. Chociaż po wiele wspominanych materiałów czytelnik i tak sięgnie do internetu, to okładki znanych gazet, które dostają tutaj dosyć sporo miejsca, będzie można zobaczyć w książce. Można oczywiście się doczepić tego, że po dłuższym obcowaniu z "Ćwiartką..." łatwo złapać schemat według którego opiera się autorka i odnieść wrażenie, że sporo ważnych wątków nie zostało dostatecznie rozpisanych, inne natomiast (jak chociażby wciąż powtarzające się okładki z dawnych wydań gazet takich jak Gala i Viva) niepotrzebnie zajmują kolejne strony. Warto jednak podkreślić, że chociaż to książka o ostatnim ćwierćwieczu w Polsce, to pisana jest z perspektywy Karoliny Korwin-Piotrowskiej, nie można więc mieć jej tego za złe, szczególnie, że dzięki temu poznajemy ją samą, bowiem dowiadujemy się w jakich miejscach pracowała w poszczególnych latach, kiedy żyło jej się najlepiej i co wówczas było najbliższe jej sercu. 

Po "Ćwiartkę raz" powinniście sięgnąć koniecznie. Kupcie ją dla siebie, kupcie ją również w prezencie dla waszych rodziców (jeżeli tylko doceniają słowo pisane). Czytanie jej to prawdziwa przyjemność, a jednakowo bardzo przystępna lekcja historii, jakiej nie znajdziecie w jałowych podręcznikach. Tutaj nie ma nużących opisów, jest za to soczysty język Karoliny, która, jak się wydaje, jest w swoim żywiole. Gwarantuję wam, że po przeczytaniu "Ćwiartki..." liczba filmów do obejrzenia znacząco wam podskoczy, tak samo jak liczba albumów, po które będziecie mieli ochotę sięgnąć, a uwierzcie mi, nasz kraj skrywa naprawdę wielkie talenty, zarówno pod względem muzyki, filmów i innych dziedzin. Muszę przyznać, że tą książką autorka zyskała sobie mój respekt, ponieważ odwaliła kawał naprawdę dobrej roboty.

Ocena książki: 7/10

Plusy:
-bardzo dobra oprawa graficzna
-przywołuje wiele wspomnień
-zapoznaje z nieznanymi dotąd zasobami kultury

Minusy:
-brak