10 kwi 2016

Filmowa Niedziela #12 Nad morzem


Tytuł: Nad morzem
Reżyser: Angelina Jolie
Czas trwania: 132 min.
Premiera: 20 listopada 2015

To chyba jeden z niewielu przypadków, kiedy cieszę się, że jakiegoś filmu nie musiałem oglądać w kinie. "Nad morzem" to także przykład przerostu ambicji nad możliwościami. Bo czy jedna Angelina Jolie jest w stanie unieść na swoich barkach scenariusz, reżyserię i zagranie jednej z głównych ról? Otóż nie. Bo choć jako aktorkę podziwiam ją za kilka wspaniałych ról, to jednak nie jest ona alfą i omegą i również jej zdarzały się nietrafione role w do bólu przewidywalnych i oklepanych filmach akcji. Jak zatem wypada "Nad morzem", czyli drugi po (ponoć bardzo dobrym) "Niezłomnym" filmie w reżyserii Jolie? No więc wypada kiepsko... bardzo kiepsko.

"Nad morzem" opowiada historię małżeństwa Rolanda i Vanessy, którzy wybierają się w podróż do położonego we Francji kurortu. Czas spędzony tam ma zapewnić im nie tylko odpoczynek, ale również zainspirować Rolanda do napisania kolejnej powieści. Jak się okazuje, będzie to również czas na poukładanie swojego życia, odbudowanie sypiącego się związku i pogodzenie z przeszłością. Może i brzmi to pięknie, rzeczywistość jednak pozostaje brutalna, przez co "Nad morzem" do dobrych melodramatów zdecydowanie nie należy.
Prawdopodobnie, gdyby nie to, że film sygnowany był nazwiskiem Jolie & Pitt, to nigdy bym go nie obejrzał. Przed seansem nie zrażały mnie nawet mocno podzielone opinie zarówno wśród krytyków, jak i widzów. Bardzo chciałem wierzyć, że najnowsze "dzieło"Angeliny będzie w jakiś sposób interesujące. Niestety w "Nad morzem" do poprawki jest praktycznie wszystko. Stosunkowo niewielka obsada aktorska ze znanych nazwisk nie oferuje nikogo poza wspomnianymi już Angeliną Jolie i Bradem Pittem. Postaci przez niech wykreowane są do bólu płaskie i pozbawione silnego charakteru. Z tych dwojga jedynie Pitt jako tako daje sobie radę, próbując tchnąć w swojego bohatera choć trochę życia, to jednak za mało, by nadrobić bezbarwną Jolie, która niefortunnie zdominowała cały seans. 

Widz ma okazję oglądać Angelinę leżącą w zamyśleniu na łóżku, Angelinę siedzącą przed toaletką, Angelinę w wannie, na balkonie i nostalgicznie przechadzającą się po terenach otaczających hotel. Sceny te są zbędne, nie wnosząc do ogółu niczego sensownego, a jedynie wydłużając i tak już zbyt długi film. Te tzw. "sceny zapychacze" wraz z jakimkolwiek brakiem dynamiki, emocji i dramaturgii sprawiają, że całość dłuży się niemiłosiernie i naprawdę ciężko jest dotrwać do (nieciekawego) zakończenia. Mimo stosunkowo niewielkiej liczby i tak już banalnych dialogów, ciężko jest zrozumieć problemy dzielące Rolanda i Vanessę, jak i cel do którego dążą o ile można powiedzieć, że fabuła ma jakikolwiek cel, bo na pewno nie jest nim pisanie przez Rolanda książki, które szybko znika w tle.
O pomstę do nieba woła montaż, tak nieprofesjonalny, szczególnie w scenie rozmowy Vanessy z Rolandem, która odbywa się w łazience. Przy każdym cięciu kamera przesuwa się wtedy o kilka centymetrów w bok albo do przodu. Pocięta również została wypowiedź Pitta, która urwana zostaje przed wypowiedzeniem ostatniego słowa. I jak w takim momencie widza ma nie trafić szlag. Jedynym pozytywnym elementem filmu jest jego jasna, słoneczna kolorystyka i całkiem ładne  stroje i krajobrazy (które i tak w pewnym momencie zapętlają się do znudzenia). Chciałbym napisać też coś pozytywnego o muzyce, aczkolwiek po kilku dniach od seansu, w mojej głowie nie pozostał żaden dźwięk gony zapamiętania.

Można by długo gdybać nad tym, co w filmie jest do poprawki. Nic niestety zmienić już nie można i pozostaje więc zaakceptować fakt, że film ten do udanych nie należy.

Nikt mi nie odda zmarnowanych dwóch godzin życia, które spędziłem oglądając "Nad morzem". Mogę jednak oszczędzić Wam to, przez co ja musiałem przejść. Nie oglądajcie tego filmu, bo naprawdę nie warto. Jeżeli już zależy Wam, by obejrzeć jakiś film w reżyserii Angeliny Jolie, to sięgnijcie po "Niezłomnego", ponieważ "Nad morzem" nie oferuje ani dobrej gry aktorskiej, ani ciekawej fabuły, ani nawet jakichkolwiek zwrotów akcji. Następnym razem jeżeli jakiś aktor będzie brał się za zabawę w reżysera... ja podziękuję. Wystarczy mi tych "wrażeń".

Ocena filmu


Filmowa Niedziela #11 Barany. Islandzka opowieść

Tytuł: Barany. Islandzka opowieść 
Reżyser: Grimur Hakonarson
Czas trwania: 90 min. 
Premiera: 12 luty 2016

Nieczęsto zdarza mi się oglądać filmy, których cała akcja osadzona jest na Islandii. Mogę się nawet pokusić o stwierdzenie, że jest to prawdopodobnie pierwszy taki film, który udało mi się obejrzeć. Mimo wręcz baśniowego krajobrazu, jaki Islandia oferuje, film "Barany" skupia się na bardziej przyziemnych sprawach pozostając niedużą i niezbyt komercyjną produkcją. 

Historia opowiedziana w filmie skupia się na dwóch braciach- Gummim i Kiddim- sąsiadach, których mimo wspólnej miłości do hodowli owiec dzieli kilkudziesięcioletni konflikt, który pogłębia się w momencie, kiedy wśród stada owiec Kiddiego odnaleziony zostaje chory baran zwiastujący nadchodzące kłopoty. Obaj bracia będą musieli wybrać pomiędzy działaniem na własną rękę, a współpracą w walce z groźnym wirusem mogącym odebrać im to, co kochają najbardziej na świecie.
"Barany. Islandzka opowieść" to oszczędny w środkach wyrazu obraz, skupiający się na spokojnym życiu dalekim od wielkomiejskiego zgiełku. Główni bohaterowie to osoby dojrzałe świetnie zagrane przez aktorów na ogół w Polsce nieznanych. Ich życia nie dominuje wszędobylska technologia, a samych bohaterów cieszą proste rozrywki chętnie zakrapiane alkoholem. Na relacje zachodzące między nimi zwrócona zostaje największa uwaga. Film ten dzięki temu pokazuje, czy rzeczywiście na rodzinie można polegać w obliczu największych problemów, które pozornie są nie do rozwiązania. Poza świetnie ukazanymi relacjami między braćmi, wspaniale pokazana została więź jaka łączy człowieka ze zwierzętami, które dla ich właściciela są praktycznie wszystkim. 

Dodatkowo "Barany" ukazują piękno życia na Islandii, jak i samej wyspy, a wszystko to za sprawą surowych i przepełnionych rwącym wiatrem szaro-zielonych górskich krajobrazów, które można podziwiać na ekranie przy dźwiękach natury, tudzież zgrabnie dopasowanej do klimatu muzyce. Choć akcja rozwija się stosunkowo spokojnie, to widz może liczyć na kilka mocniejszych scen, w których nie zabraknie emocji, czy dynamiki i ciekawych rozwiązań użytych chociażby w zakończeniu, które pozostawiło mnie na kilka chwil oniemiałego z wrażenia.
Mogłoby się wydawać, że "Barany. Islandzka opowieść" to film nieskomplikowany. Jednak po głębszym zastanowieniu okazuje się, że niesie on ze sobą więcej niż piękna oprawa audiowizualna. W obrazie wyreżyserowanym przez Grimura Hakonarsona wszystko ze sobą współgra i zachwyca. Zaczynając od zwyczajności bohaterów, problemów ich dotykających (trudne relacja, utrata dobytku, rozpacz i alkoholizm), a kończąc na wydźwięku zakończenia. Jeżeli więc jesteście ciekawi, jak wypada kino islandzkie, koniecznie obejrzyjcie ten film. Nie pożałowałem ja, nie pożałujecie i Wy. Mogę mieć tylko nadzieję, że jeszcze nie jeden raz będę mieć okazję obejrzeć coś tak dobrego, zrealizowanego na intrygującym lądzie Islandii. 

Ocena filmu

Kto widział, a kto chce obejrzeć ten film? Jakie były wasze wrażenia? Koniecznie dajcie znać!


6 kwi 2016

Jądro ciemności [RECENZJA]


Tytuł: Jądro ciemności
Autor: Joseph Conrad
Ilość stron: 160
Wydawnictwo: MG
Cena: 29,90 zł

Kiedy chodziłem do szkoły obowiązkowych lektur unikałem jak ognia, znajdując bardziej interesujące książki. Jednak teraz, bez żadnego przymusu postanowiłem nadrobić kilka z nich, w tym i "Jądro ciemności" pióra Josepha Conrada, by przekonać się, czy rzeczywiście czytanie lektur szkolnych to taka męka. 

Akcja "Jądra ciemności" osadzona jest w końcowych latach XIX. wieku. Książka ta dodatkowo posiada dwóch narratorów. Fabuła natomiast koncentruje się na podróży na czarny i nieokiełznany ląd pełen w celu kolonizacji i sprowadzaniu cennego surowca- kości słoniowej. Głównym bohaterem jest Marlow, który przez zdecydowaną większość powieści jest również narratorem. Za pomocą swojego parowca stara się on dotrzeć do serca dżungli, gdzie znajduje się Kurtz- postać wręcz legendarna wśród osób pracujących na czarnym lądzie.

Problematyka powieści kręci się głównie wokół bezduszności oraz bezwzględności kolonizatorów, którzy ludzi czarnoskórych traktują jak zwierzęta, spinając ich łańcuchami i zmuszając do pracy ponad własne siły. Choć to właśnie murzyni ukazani zostali jako kanibale będący w stanie zjeść ludzkie mięso, to właśnie ludzi białoskórych odebrałem jako tych bardziej nieludzkich, bo pomimo tego, że pochodzili z krajów cywilizowanych, zachowywali się w sposób karygodny, niegodny miejsc, z których pochodzili  Utwór ten jest również krytyką działań kolonizacyjnych, dążących do zniewolenia dzikiej ludności. Poza tym "Jądro ciemności" na przykładzie Kurtza ukazuje świetny obraz popadnięcia w obłęd i szaleństwo. Staje się on tyranem, tracąc swoje człowieczeństwo, wszelką moralność i poddając się dzikiemu otoczeniu, które uwydatnia w nim to co najgorsze. 

"Jądro ciemności" to książka, którą trzeba czytać w skupieniu i niewątpliwie ze względu na swoje przesłanie i piękny język stanowi ona bardzo przyjemną lekturę. Jej prawdopodobnie największą wadą jest długość, bowiem powieść ta ma mniej niż dwieście stron i w trakcie czytania wielokrotnie odczuwałem niedosyt. Niektóre sceny można było wydłużyć i przede wszystkim poświęcić więcej czasu Kurtzowi, postaci tak nieobliczalnej i fascynującej. Po prostu zaczyna i kończy się zbyt szybko. Czasu jest tylko tyle, by uszczknąć najważniejszych problemów i zaszczepić w czytelniku chęć odkrycia tego, jaki naprawdę jest legendarny Kurtz.

Uogólniając, po "Jądro ciemności" warto sięgnąć, szczególnie, że jego przeczytanie nie zajmie zbyt wiele czasu, a warto tę książkę poznać ze względu na przesłanie, jakie ze sobą niesie i możliwość odbycia wraz z Marlowem pełnej niebezpieczeństw podróży po nieznanej dziczy.

No i jak się okazało... lektury szkolne nie gryzą. Przynajmniej w momencie, kiedy się je czyta z własnej nieprzymuszonej woli!

Ocena książki: 7/10

Plusy:
-krytyka zniewalania ludności
-ciekawy obraz szaleńca pozbawionego moralności

Minusy:
-całość zaczyna się i kończy zbyt szybko


Za książkę dziękuję Wydawnictwu MG.

1 kwi 2016

Nieortodoksyjne podsumowanie marca

Po niezbyt srogiej ziemie przyszła pora na wiosnę, która poza budzącą się do życia zielenią przyniosła kilka książek, które udało mi się przeczytać i kilka, które na przeczytanie dopiero czekają na moich półkach. Przejdźmy więc do rzeczy.

Przeczytane w marcu:
1. "Ezotero. Córka wiatru" Agnieszka Tomczyszyn
Ilość stron: 274; Ocena: 4/10; Recenzja

2. "Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender" Leslye Walton
Ilość stron: 299; Ocena: 8/10; Recenzja

3. "Wytańczyć marzenia" Michaela De Prince & Elaine De Prince
Ilość stron: 272; Ocena: 7/10; Recenzja

4. "Dzieje Tristana i Izdoly"autor nieznany
Ilość stron: 288; Ocena: 6/10; Recenzja

5. "Od urodzenia" Elisa Albert
Ilość stron: 272; Ocena: 6/10; Recenzja

6. "Żniwa Zła" Robert Galbraith
Ilość stron: 480; Ocena: 6/10; Recenzja

7. "Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta" Claire North
Ilość stron: 464; Ocena: 8/10; Recenzja

Łączna ilość przeczytanych stron: 2349


Z liczby przeczytanych książek jestem jak najbardziej zadowolony, gorzej tylko z tym, że większość z nich pod względem treści była po prostu przeciętna. Jak dotąd w marcu najlepiej wypadły baśniowe i magiczne "Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender" oraz nieco mniej baśniowe, aczkolwiek wciąż brodzące w fikcji literackiej "Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta". Jak widać długie tytuły okazały się lepsze.

Dodatkowo na blogu pojawiły się:

Przyszła wiosna, to i czytanie idzie lepiej. A Wam ile w marcu udało się przeczytać? Koniecznie pochwalcie się wynikiem :)