15 cze 2016

Nawałnica mieczy. Stal i śnieg [RECENZJA]


Tytuł: Nawałnica mieczy. Stal i śnieg
Autor: George R.R. Martin
Liczba stron: 736
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Cena: 49 zł

Korzystając z okazji, że wciąż trwa wielkie bum na szósty sezon serialu "Gra o tron" (który jest de facto chyba najsłabszym sezonem w mojej opinii), mam dla Was recenzję tomu pierwszego trzeciej części "Pieśni Lodu i Ognia", zatytułowanego "Nawałnica mieczy. Stal i śnieg". 

Po śmierci Roberta Baratheona pokój w Westeros ustąpił miejsca krwawej wojnie o władzę i sprawiedliwość. Na żelaznym tronie w Czerwonej Przystani zasiada młody, zrodzony z nieprawego łoża Joffrey Lannister, Na Smoczej Skale rany po przegranej bitwie leczy Stannis Baratheon, brat Roberta. Król Północy- Rob Stark, toczy kolejne walki z Lannisterami, usilnie pragnąc odzyskać utracone Winterfell, a gdzieś daleko za morzem Daenerys, ostatnia z rodu Targaryenów, zajmuje się swoimi młodymi smokami i zbiera armię, dzięki której mogłaby najechać na Westeros i odzyskać należny jej tron. Jednakże polityka i gra o tron, którą toczą między sobą królestwa, to nie jedyny problem, bowiem nadciąga sroga zima, a wraz z nią zbliża się uśpione za murem zło.

Pierwsze z wydarzeń przedstawionych na stronach "Nawałnicy mieczy" dzieją się zaraz po, a także w trakcie zdarzeń zamykających poprzedni tom "Pieśni Lodu i Ognia, "Starcie królów", dlatego też można odczuć spójność akcji, w której brak wielkich przeskoków w czasie. Tak jak miało to miejsce w przypadku poprzednich części serii, "Nawałnicę mieczy" cechuje wielowątkowość i pokaźna liczba bohaterów umieszczonych w różnych lokacjach, dzięki czemu całą historię śledzić możemy z różnych królestw, a także egzotycznych miast umieszczonych za morzem. Bohaterowie to osoby bardzo zróżnicowane pod względem charakteru, a dodatkowo świetnie wykreowane i realistyczne w swoim zachowaniu. Wśród nich każdy czytelnik znajdzie zarówno swoich faworytów, jak i postacie, których śmierci wyczekiwać będzie z każdym kolejnym rozdziałem. Do moich ulubionych wątków w tym tomie należały wątki obcującego z dzikimi Jona Snow oraz Jamiego Lannistera eskortowanego przez Brienne. Trochę pominięta w książce wydaje mi się Daenerys Targaryen, chociaż nie mogę zaprzeczyć, że jeżeli już się pojawiała, to akcja w jej przypadku nabierała szybszego tempa. 

Fabuła na początku rozwija się powoli, a całość kończy się bez większego tąpnięcia. Przyczyna tego leży w podziale "Nawałnicy mieczy" na dwa osobne tomy. Zakończeniu lektury towarzyszy uczucie, że największe dopiero przed nami. Choć ten tom spośród trzech już przeczytanych, jak dotąd podobał mi się najmniej, to autorowi książki nie można odmówić kunsztu z jakim powieść ta została napisana. W historii nie brak licznych zwrotów akcji, zaskoczeń, rozwijających się intryg i tajemnic, na które odpowiedzi poznamy z biegiem czasu. Do tego dochodzi jeszcze świetnie poprowadzona narracja, niebanalne relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami i ich rodami, sporo okrutnej, bezwzględnej władzy oraz... namiętnych scen, w których, jak mniemam, lubuje się George R.R. Martin. W powieści nie brak również coraz prężniej rozwijających się elementów fantastycznych w postaci dorastających smoków, Trójokiej Wrony do której spotkania dąży Bran, czy Innych za Murem. Pod względem języka i opisów, jak zwykle nie mam żadnych zastrzeżeń, dlatego że pisarz ten niezaprzeczalnie ma talent i nawet mniej absorbujące zdarzenia potrafi opisać w sposób ciekawy i atrakcyjny.

Jak już wspominałem, "Nawałnica mieczy. Stal i śnieg" nie była aż tak świetna jak dwie poprzednie części, co nie zmienia faktu, że warto po nią sięgnąć, jeżeli już udało się Wam przebrnąć przez dwa pierwsze tomy serii "Pieśń Lodu i Ognia". A mi nie pozostaje nic innego, jak zaopatrzyć się w "Nawałnicę mieczy. Krew i złoto".

Ocena książki: 8/10

Plusy:
-przemieszczanie się po różnych lokacjacjach Westeros i Essos
-ciekawie poprowadzona narracja
-świetnie wykreowani bohaterowie
-mnóstwo intryg, tajemnic i zwrotów akcji

Minusy:
-powolny rozwój akcji
-brak mocnego zakończenia


12 cze 2016

Filmowa Niedziela #18 Zakładnik z Wall Street


Tytuł: Zakładnik z Wall Street
Reżyser: Jodie Foster
Czas trwania: 98 min.
Premiera: 20 maja 2016

Spośród trzech filmów, które postanowiłem obejrzeć i które wciąż grane są w kinach, jako pierwszy wybrałem "Zakładnika z Wall Street" w reżyserii Jodie Foster. I już na wstępie zaznaczę, że film ten pod pewnymi względami mnie rozczarował, choć nie mogę powiedzieć, by był jakoś wyjątkowo zły i bym żałował, że go obejrzałem.

Na początku filmu trafiamy do studia, w którym nagrywany jest program o tytule "Money Monster". Jego ideą jest doradzanie widzom w jakie akcje inwestować swoje pieniądze, by szybko na nich zarobić. A wszystko to transmitowane jest na żywo, w przyjemnej otoczce łatwego zarobku, z irytującym prowadzącym na czele, ogłoszonym mianem "guru Wall Street". Chwilę przed transmisją mamy okazję poznać głównych bohaterów i zobaczyć, jak funkcjonuje takie przedsięwzięcie od kuchni. Kiedy jednak program się rozpoczyna, na plan wkrada się mężczyzna z bronią i z... bombą. Zarówno prowadzący, jak i osoby pracujące przez realizacji "Money Monster" stają się zakładnikami, a całość w otoczce strachu oglądana jest na żywo na ekranach telewizorów wielu milionów ludzi na całym świecie.

I choć brzmi to co najmniej interesująco, to w rzeczywistości niestety nie wszystkie elementy zagrały tak, jak powinny, w skutek czego otrzymany produkt to dzieło dosyć przeciętne.

W rolę wspomnianego już prowadzącego wciela się George Clooney, a za ścianą w reżyserce i jako głos w słuchawce towarzyszy mu Juilia Roberts. Z tych dwojga to ona za sprawą swojej gry aktorskiej wypada lepiej i bardziej wiarygodnie. Postać Clooneya była dla mnie irytująca i aż zanadto stereotypowa, choć aktorowi oczywiście talentu odmówić nie można. To kolejny bogaty i wpływowy koleś, który w głębokim poważaniu ma życie i interesy maluczkich, szarych obywateli. Nie przepadam za tego typu banalnymi zagraniami, aczkolwiek nie jest to jakaś ogromna wada, która wypływałaby na odbiór filmu. Duże ALE mam za to do odtwórcy roli terrorysty wpadającego do studia (wciela się w niego Jack O'Connell). Pokazany jest on jako osoba niezbyt bystra, ślamazarna, bez charakteru, po prostu ginąca w tle i chwilami naprawdę łatwo zapomnieć, że to przecież on sprawcą całego zamieszania. I nawet jeśli ten zabieg był celowy, nie był on dobrym wyborem.

Choć "Zakładnik z Wall Street" do wyjątkowo obszernych filmów nie należy, to i tak zdarzały się momenty, kiedy zaczynałem się nudzić. Być może zaważył tu fakt, że film ten nie dostarczył mi wielkich emocji przez co nie zaabsorbował dostatecznie mojej uwagi. Nawet gdy ktoś miał pistolet przyłożony do głowy i nawet kiedy padały przypadkowe strzały, nie czułem odpowiedniego klimatu i miałem gdzieś to, kto przeżyje, a kto nie. W tej historii przede wszystkim zabrakło strachu, który oddziaływałby również na widza. Już sama sytuacja zagrożenia życia wydaje się wystarczająco przerażająca, jednak w tym filmie bohaterowie (szczególnie Ci znajdujący się w reżyserce) zbyt szybko przechodzą z tym do normalnego stanu i postanawiają zrobić z tragedii show, które oglądać będzie cały świat. Zachowania takie jak te, które oglądamy podczas seansu są zbyt nienaturalne i aż nasuwa się pytanie, dlaczego bohaterowie stosują takie, a nie inne rozwiązania. Zakończenie filmu oczywiście bardzo w hollywoodzkim stylu i nawet jeżeli dostrzeżecie tam jakąś wartościową puentę, to zniszczona zostanie przez zdanie zamykające film, wypowiadane przez jedną z postaci.

Reżyserem "Zakładnika z Wall Street" jest Jodie Foster, bardziej znana jako aktorka niżeli jako reżyserka i może to właśnie sprawiło, że otrzymany obraz jest momentami nijaki i tak pozbawiony poczucia rzeczywistości. Czasami ma być poważnie, a czasami zabawnie, w skutek czego efekt jest bardzo nierówny. Jak widać znane nazwiska nie były w stanie uratować kulawej historii, z której przy odpowiednim potraktowaniu można by wcisnąć coś więcej. Mimo sporych rozczarowań nie zaliczam jednak tego filmu do tych, których koniecznie radziłbym Wam unikać. Jeżeli więc macie ochotę na coś przeciętnego... to proszę bardzo. Może Wam "Zakładnik z Wall Street" bardziej przypadnie do gustu.

Ocena filmu


A w następnej Filmowej Niedzieli "Alicja po drugiej stronie lustra".


3 cze 2016

Nieortodoksyjne podsumowanie maja

Oglądacie programy przyrodnicze? Czasami mówią tam o soczyście zielonych miejscach na ziemi, które kilka miesięcy później w czasie pory suchej zmieniają się w pustynię, gdzie na próżno szukać jakichkolwiek roślin. Taka właśnie pora zawitała na mojego bloga, bowiem w maju nałożyły się na mnie wszystkie obowiązki, przez co czasu na czytanie nie było zbyt wiele. Do tego zaczęła się sesja i wypadłoby się pouczyć, a przynajmniej poudawać, że uczy. Pocieszam się jedynie tym, że choć liczba przeczytanych książek jest mniejsza niż w zeszłym miesiącu, to są one objętościowo większe.

Przeczytane w maju:
1. "Intruz" Stephenie Meyer 
Ilość stron: 560; Ocena: 6/10; Recenzja

2. "Krótka książka o miłości" Karolina Korwin Piotrowska
Ilość stron: 688; Ocena: 7/10; Recenzja

3. "Królowie Dary" Ken Liu
Ilość stron: 592; Ocena: 9/10; Recenzja

4. "Posiadacz" John Glasworthy
Ilość stron: 400; Ocena: 7/10; Recenzja

Łączna ilość przeczytanych stron: 2240

Spośród przeczytanych przeze mnie książek najlepiej wypadli "Królowie Dary" autorstwa Ken Liu. To wysokiej jakości fantasy, które przenosi czytelnika do wyimaginowanego świata, pełnego politycznych potyczek, gdzie zarówno przyjaźń, jak i miłość wystawione zostają na próbę. Najsłabszą majową książką okazał się "Intruz" Stephenie Meyer, choć i tak otrzymał on pozytywną opinię i uważam, że choć daleko tej powieści do ideału, to na pewno jest ona lepsza od "Zmierzchu" i dla kogoś, kto lubi lekkie (i przy tym obszerne) młodzieżowe czytadła, tytuł ten może sprawdzić się całkiem nieźle.

Dodatkowo na blogu pojawiły się:

A ile Wam udało się przeczytać w maju? ;)


31 maj 2016

Posiadacz [RECENZJA]


Tytuł: Posiadacz
Autor: John Glasworthy
Ilość stron: 400
Wydawnictwo: MG
Cena: 44,90 zł

Książka była spoko, a teraz idę się uczyć- chciałoby się tak napisać, aczkolwiek to raczej nie w moim stylu, a nauki mam już potąd... przynajmniej na ten moment.

Lektura, o której dzisiaj mowa to "Posiadacz" autorstwa Johna Glasworthy'ego. Jest to pierwszy i jednakowo ponoć najsłynniejszy tom popularnej sagi Rodu Forsyte'ów. Jego akcja rozgrywa się w 1886 roku, w Londynie, gdzie poznajemy członków wspominanej już rodziny Forsyte'ów, w tym głównych bohaterów- Soamesa i jego żonę Irenę. To ich małżeńskie perypetie w dużej mierze dominują tę powieść. Relacje pomiędzy nimi nie należą do najlepszych, można wręcz powiedzieć, że ich miłość nie istnieje, mimo usilnych prób uszczęśliwienia Ireny. A przychodzi im żyć w konserwatywnych czasach z narzuconymi odgórnie rolami matki, żony i męża. Czy bohaterowie powieści Glasworthy'ego sobie z tym poradzą?

"Posiadacz" to idealny przykład klasycznej angielskiej literatury obyczajowej. Problematyka poruszana na kartach powieści dotyczy relacji międzyludzkich i życia zamożnych przedstawicieli mieszczaństwa epoki wiktoriańskiej. Autor dodatkowo świetnie wnika w małżeństwo Soamesa i Ireny pokazując cele i pragnienia każdego z nich. Soames chce, by jego małżeństwo spełniało wszystkie narzucone normy i by jego żona wypełniała swoje małżeńskie obowiązki, zarazem zdradziła skrywane przed nim tajemnice. Ona zaś pragnie odzyskać obiecaną jej wolność. Pragnie uwolnić się z klatki, w której została zamknięta i rozpocząć swoje życie na nowo, choć nie wie do końca jak to zrobić, bowiem żyje w świecie, gdzie rozwód oznacza skandal, a perspektywy dla samotnej kobiety są niezwykle ograniczone.

W dużej mierze "Posiadacz" opiera się na opisach. Wypełniają one przestrzeń pomiędzy spokojnie rozwijającą się akcją. Brak tu jakichkolwiek nagłych zwrotów, nadrabia to jednak wspaniały język jakim powieść została napisana. I choć mogłoby się wydawać, że lekturę umieszczoną w XIX wieku cechować będzie powściągliwość w wyrażaniu emocji poszczególnych bohaterów, to w książce tej nie brak uczuć w tym miłości, która dostała tu sporo miejsca. Miłości niespełnionej rzecz jasna.

John Glasworthy w pierwszym tomie sagi Rodu Foresyte'ów świetnie oddał ducha czasów wiktoriańskich, do tego stworzył ciekawe, pod wieloma względami całkowicie sobie różne postacie, które nie boją się dążyć do swoich celów, ku czemu wykorzystują nadarzające się okazje i nie boją wyłamać się z narzucanego im przez społeczeństwo kanonu. Poza wspomnianym już małżeństwem Forsyte'ów przez "Posiadacza" przewija się wiele innych bohaterów. Dzięki temu nie skupiamy się w całości na nakreślonym na początku recenzji problemie i co rusz dotykamy mniej ważnych, choć niemniej interesujących wątków.

"Posiadacz" choć nie posiada zbyt ładnej okładki, ma bardzo ciekawą treść, która zachwyci wszystkich lubujących się w klasykach literatury obyczajowej. To także książka idealnie nadająca się do rozpoczęcia swojej przygody z tym gatunkiem literatury. Uwiedzie Was swoją lekkością, opisami i zgrabnie poprowadzoną narracją. Czego chcieć więcej?

Ocena książki: 7/10

Plusy:
-pokazanie życia zamożnych przedstawicieli mieszczaństwa
-ukazanie obrazu rozpadającego się małżeństwa
-mnóstwo świetnie napisanych opisów
-klasyk literatury obyczajowej

Minusy:
-akcja powieści mogłaby się toczyć trochę szybciej

Za książkę dziękuję Wydawnictwu MG



<