29 maj 2016

Filmowa Niedziela #17 Nienasyceni


Tytuł: Nienasyceni
Reżyser: Luca Guadagnino
Czas trwania: 120 min.
Premiera: 20 maj 2016

Mam wrażenie, że po wręczeniu Oscarów i Złotych Globów, w kinie zapanował pewien przestój w związku z czym niewiele było premier, które tak naprawdę by mnie zaciekawiły. Poprzedni tydzień przyniósł jednak kilka interesujących tytułów, w tym: "Nice Guys", "Zakładnik z Wall Street", czy "Nienasyceni". Spośród tych wymienionych, jak dotąd udało mi się obejrzeć ten ostatni, czyli "Nienasyconych". Tłumu na sali kinowej nie było, a i reakcje w odbiorze tego filmu były mieszane. Jak to określiła wychodząca przede mną para- nudny ten film był. Taki nieśmieszny. Trzeba było iść na "Nice Guys"- ano trzeba było, bo czegóż można oczekiwać od filmu, który nawet nie był promowany na komedię? Na szczęście ja (mniej lub bardziej) wiedziałem co przyjdzie mi obejrzeć, dlatego też w żadnym stopniu się nie zawiodłem.

Film otwiera scena prezentująca ogromny stadion, na którym odbywa się koncert. Obiekt wręcz pęka w szwach od ilości zgromadzonych ludzi. Gdy na scenę wchodzi wokalistka ryk publiczności jest wręcz ogłuszający. Już na pierwszy rzut oka widać, że nie jest to gwiazda popu, a rasowa rockowa piosenkarka. Chwilę później widzimy tę kobietę prywatnie, opalającą się i pływającą w basenie przy swojej włoskiej rezydencji. Jest to Marianne- która jakiś czas temu przeszła operację strun głosowych przez co w ciągu najbliższych tygodni musi oszczędzać swój głos, ograniczając go praktycznie do minimum. W rezydencji jest również jej partner- Paul, mężczyzna po odwyku, który na pierwszy rzut oka niekoniecznie pasuje do osoby takiej jak Marianne. Jakiś czas później z niezapowiedzianą wizytą wpada dawna miłość Marianne, będący producentem muzycznym- Harry, wraz z młodą i piękną Penelope, która jest rzekomo jego córką. Sielankowe wakacje zostaną przerwane, kiedy trzeba będzie skonfrontować dawną miłość z obecną i kiedy okaże się, że zawarte kiedyś przyjaźnie, nie są już tak silne jak lata temu.
Te cztery wymienione w powyższym opisie, postacie są filarami, na których oparty został film. Wcielają się w nich: Lord Voldemort, Biała Czarownica z Narnii, Anastasia Steele (ta od Greya) i jakiś przypakowany koleś, którego nie kojarzę chyba z żadnej większej produkcji. Choć wszyscy w swoich rolach wypadli wiarygodnie, to Tilda Swinton (Marianne) i Ralph Fiennes (Harry) skradli całą moją uwagę. Choć ich relacje nie należą do łatwych do zdefiniowania, to bez problemu w wielu scenach można odczuć niesamowita chemię, jaka bije od tych aktorów. Do tego wspaniała rola Tildy, która w filmie mówi niewiele, głównie szeptem, dzięki czemu można dostrzec, że potrafi świetnie zagrać nawet bez użycia wielu słów.

"Nienasyceni" to dramat, w którym wartkiej akcji jest bardzo niewiele. Dopiero pod koniec filmu dochodzi do wydarzeń, które nadają trochę szybszego tempa. Całość za to skupia się na emocjach, relacjach poszczególnych bohaterów i wspomnianej już konfrontacji tego co było, z tym co jest. To również film o stracie i o trudnych wyborach, przed jakimi zostaje postawiona każda z czterech postaci. Teraźniejszość kilkakrotnie zostaje tam przemieszana ze wstawkami z przeszłości, które ujawniają trochę więcej na temat głównych bohaterów, dzięki czemu ich relacje z każdą chwilą robią się dla widza coraz bardziej klarowne.

Choć film rozwijał się bardzo powoli, to w żaden sposób mnie nie znudził. Sporo tutaj dobrej rockowej muzyki, pięknych, charakterystycznych, przepełnionych słońcem i jasnymi barwami (choć nie brakuje i scen w których dominuje mrok) włoskich krajobrazów, czy zwracania uwagi na detalach pozornie błahych i kompletnie nieistotnych, na których czasami skupia się kamera. Do tego pochwalić trzeba również montaż, za sprawą którego "Nienasyceni" cieszą oko, a każde kolejne sceny przychodzą w sposób nienachalny. Wszystko tu tworzy zgraną całość.

Na pewno nie jest to film, który każdemu się spodoba, a jako, że ostatnio miałem ochotę obejrzeć coś dalekiego od wielkich hollywoodzkich produkcji, to "Nienasyceni" w tej roli sprawdzili się bardzo dobrze. Mam wrażenie, że jest to film skierowany do bardziej dojrzałego widza, który doceni dialogi, grę aktorską i w kilku momentach pozwoli wybrzmieć ciszy do końca. Ten jakże spokojny film polecam choćby ze względu na irytującą i nieco zabawną postać graną przez Ralpha Finnesa.

Ocena filmu


Wybaczcie, że tym razem nieco krócej niż zwykle, jednakże sesja na studiach już za rogiem, nie mam więc aż tyle czasu na pisanie/czytanie/oglądanie. Ale to też plus dla Was... mniej czytania! 

W następnej Filmowej Niedzieli (która pojawi się za dwa tygodnie) będzie prawdopodobnie recenzja "Alicji po drugiej stronie lustra" i może czegoś jeszcze...


25 maj 2016

Królowie Dary [RECENZJA]


Tytuł: Królowie Dary
Autor: Ken Liu
Ilość stron: 592
Wydawnictwo: SQN
Cena: 44,90 zł

Kiedy w końcu udało mi się znaleźć chwilę czasu by napisać recenzję, to przychodzę do Was z nie byle czym! W dzisiejszym poście mowa będzie o "Królach Dary"- kompletnej nowości, która w swoim gatunku wprowadza powiew świeżości, po którą koniecznie każdy z Was musi sięgnąć. Jej autorem jest Ken Liu- pisarz, prawnik i do tego programista chińskiego pochodzenia.

Miejscem akcji powieści są Wyspy Dary, na których mieści się kilka królestw. W jednym z nich żyje przebiegły, początkowo pozbawiony ambicji Kuni Garu i jego kompletne przeciwieństwo, czyli Mata Zyndu- ostatni ze swojego rodu, przez wiele lat szkolony na wojownika. Między mężczyznami rodzi się przyjaźń, ponieważ obaj dążą do obalenia cesarza i zaprowadzenia porządku na wszystkich Wyspach Dary. Kiedy jednak cel zostanie osiągnięty, powstanie między nimi konflikt, bowiem ich wizje nowego świata będą się od siebie różniły. Do czego to ich zaprowadzi?

Do "Królów Dary" podchodziłem z lekkim dystansem. W końcu to kolejny wyimaginowany świat, kolejne zasady nim rządzące i kolejni bohaterowie, do których będę musiał się przyzwyczaić. Przez pierwsze kilka rozdziałów byłem co prawda skołowany, później jednak z każdą kolejną stroną książka pióra Ken Liu pochłaniała mnie i zachwycała coraz bardziej. Pisząc o tej niej dosłownie nie mam się do czego przyczepić. Czytelnika przez lekturę prowadzi świetnie skonstruowana narracja trzecioosobowa. Fabuła, choć obszerna, nie posiada przestojów, za to pełna jest absorbujących zdarzeń i przejść pomiędzy poszczególnymi bohaterami, dzięki czemu rozwijającą się akcję obserwujemy z kilku różnych miejsc. "Królowie Dary" pozbawione są wszelkich zbędnych elementów, w tym i nużących opisów, pozostawiając spore pole dla wyobraźni czytelnika. Nawet mimo tego i tak w powieści można odczuć duże inspiracje kulturą dalekiego wschodu, która emanuje głównie za sprawą zachowań postaci i etyki, jaka ich obowiązywała.

Chociaż problematyka książki w dużej mierze opiera się na polityce, sprawowaniu władzy i dążeniu do pokoju, to poruszany zostaje tu również temat miłości wystawionej na próbę, czy prawdziwej przyjaźni, która nie zawsze jest tak trwała, jak być powinna. Wykreowani przez pisarza bohaterowie nie należą do nieomylnych i jak każdy człowiek popełniają błędy. Wielokrotnie wystawieni zostają na próbę, gdzie wybierać muszą pomiędzy własnymi zyskami, a dobrem całego świata. Ken Liu wszystko to opisał pięknym językiem, który jednakowo nie jest ani banalny, ani na wyrost skomplikowany- po prostu idealny dla każdego.

Autor omawianej dzisiaj książki stworzył powieść pod każdym względem wyjątkową, od której ciężko się oderwać i która oferuje tak wiele wspaniałych momentów. Jest to rozrywka na wysokim poziomie, dzięki czemu "Królów Dary" bez wahania mógłbym postawić na jednej półce obok twórczości George'a R.R. Martina, czy samego Tolkiena. Dodatkowo, jak dotąd jest to jedna z najlepszych książek, jaką udało mi się przeczytać w tym roku i to chyba powinno być dla Was wystarczająco zachęcające, by zainteresować się tym tytułem.

Tak więc "Królów Dary" polecam gorąco wszystkim fanom fantastyki i nie tylko, a mi pozostaje mieć nadzieję, że kolejny tom ("Ściana Burz") cyklu "Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu" nadejdzie szybko i okaże się równie dobry co pierwszy.

Ocena książki: 9/10

Plusy:
-dobrze skonstruowana narracja trzecioosobowa
-jest to książka pozbawiona wszelkich zbędnych elementów
-duże inspiracje dalekiego wschodu
-niewielka ilość opisów i sporo miejsca dla wyobraźni

Minusy:
-brak

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non.


22 maj 2016

Filmowa Niedziela #16 Córki dancingu


Tytuł: Córki dancingu
Reżyser: Agnieszka Smoczyńska
Czas trwania: 92 min.
Premiera: 25 grudnia 2015

Dokładnie tydzień temu recenzowałem dosyć głośno promowany polski musical "#WszystkoGra" (recenzja dostępna o TU). Nie obyło się oczywiście bez słów krytyki, bo mimo muzycznego potencjału i dobrych intencji, efekt końcowy był bardzo przeciętny. Dlatego też dzisiaj dla kontrastu postanowiłem napisać o "Córkach Dancingu"- reżyserskim debiucie Agnieszki Smoczyńskiej. 





I już na wstępie przyznam szczerze, że ani zwiastun, ani plakat, ani nawet tytuł filmu nie były dla mnie w żaden sposób zachęcające. Od strony promocyjnej bliżej temu było do taniej komedii o zespole disco, niż do ryzykowanego i jakże zaskakującego projektu, jakim się okazał. 

"Córki dancingu" to musical osadzona w Warszawie w latach 80., opowiadający o dwóch syrenach- Srebrnej (Marta Mazurek) i Złotej (Michalina Olszańska), które zostają wyłowione z Wisły przez członków zespołu Figi i Daktyle. Talent i uroda tych dwóch niezwykłych stworzeń szybko zostają spożytkowane, bowiem dołączają one do zespołu, śpiewają chórki i pomnażają ich zyski, choć same za swoją pracę nie dostają żadnego wynagrodzenia. W pewnym momencie dochodzi do nieoczekiwanych wydarzeń i podjęte muszą zostać ciężkie decyzje ważące przyszłe losy Srebrnej i Złotej. Jeżeli chcecie dowiedzieć się, co je czeka, to musicie sami podjąć ryzyko i obejrzeć "Córki dancingu".

Może i powyższy opis nie brzmi tak cudownie i zachęcająco, jednakże film ten to fantastyczna audiowizualna pożywka dla oczu i uszu. Zachwycają nie tylko stroje, ale i ujęcia, czy chociażby sama scenografia. Jak na kinowy debiut, Agnieszce Smoczyńskiej udało się zgromadzić pokaźną liczbę znanych nazwisk, wśród których m.in: wcielająca się w wokalistkę Kinga Peris, Jakub Gierszał, Andrzej Konopka, czy wiele innych pojawiających się gościnnie postaci, których twarze nie będą Wam obce. Za oprawę muzyczną odpowiadały siostry Wrońskie znane z zespołu Ballady i Romanse. Stworzyły one subtelną subtelną elektronikę wzbogaconą o znakomitą warstwę liryczną, idealnie wpasowującą się w sceny poprzedzające sekwencje śpiewane. Na te zaś patrzy się z prawdziwą przyjemnością ponieważ przypominają świetnie nakręcone, odważne teledyski, gdzie nie brak nagości, lecz nie tej tandetnej, mającej zadowolić oczekującej prostej rozrywki widza. Bo "Córki dancingu" to nie jest banalny film i nie każdemu przypadnie do gustu. Już sama tematyka obrana przez Agnieszkę Smoczyńską jest osobliwa, nie wspominając o artystycznym pazurze, jaki reżyserka zawarła w swoim debiutanckim dziele. Na szczęście wszystko podczas seansu ze sobą współgra, historia jest spójna, intrygująca, a sceny gładko przechodzą jedno po drugiej i nawet kiedy następuje drobny przeskok w czasie, to ciężko jakkolwiek negatywnie to odczuć. Pod względem aktorskim najsłabiej wypadają prawdopodobnie syreny- Złota i Srebrna, nie oznacza to jednak, że psują przyjemność płynącą z oglądania tego filmu. W żadnym wypadku!

"Córki dancingu" to odważny projekt, wybijający się ponad inne polskie produkcje, nie wspominając już o musicalach. Obraz syren prezentowany w filmie nieco różni się od tego, na ogół znanego społeczeństwu, choć znalazły się elementy, które widzowi będą znajome, jak choćby zakończenie i wiążący się z tym los syreny Srebrnej. 

Patrząc na oceny tego filmu, nie spodziewałem się po nim wiele, a na pewno nie spodziewałem się tak pozytywnego wrażenia, jakie ostatecznie na mnie wywołał. Po skończonym seansie czułem się, jakby "Córki dancingu" trwały nie 90, a jakieś 30 minut, co oznacza, że film został skrojony na miarę i praktycznie wcale się nie dłużył. Pozostaje mi tylko zebrać szczękę z podłogi i zaplanować kolejny seans tego wspaniałego filmu. Nie dajcie się zwieść tym wszystkim negatywnym opiniom, czy nieco mylącemu zwiastunowi. "Córkom dancingu"należy się szansa, w końcu te liczne nagrody, które film zdobył na festiwalach to chyba nie przypadek. To obraz estetyczny i oryginalny, który może zachwycić osoby w jakiś sposób bliżej związane ze sztuką. A reżyserce gratuluję stworzenia musicalu o kompletnie niepolskiej jakości i życzę kolejnych tak wspaniałych pomysłów. Właśnie takich twórców w naszym kraju potrzeba! Ocena może trochę zawyżona, ale mając na uwadze podjęte ryzyko, debiut reżyserski i moje wrażenia zaraz po seansie...

Ocena filmu


Słyszeliście o "Córkach dancingu"? Może ktoś z Was widział ten film i nie przypadł mu do gustu? Koniecznie dajcie znać ;)


18 maj 2016

Krótka książka o miłości [RECENZJA]

Tytuł: Krótka książka o miłości
Autor: Karolina Korwin Piotrowska
Ilość stron: 688
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Cena: 44 zł

Pamiętam, jak ponad pół roku temu recenzowałem "Ćwiartkę raz" - książkę podsumowującą zmiany, jakie zaszły w Polsce w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat. Miałem wówczas nadzieję, że na kolejną tak ciekawą lekturę pióra Pani Karoliny nie będę musiał czekać zbyt długo. Moje prośby zostały wysłuchane, bowiem na początku tego roku autorka wydała "Krótką książkę o miłości". I wbrew pozorom nie jest to żaden tani harlekin inspirowany jej prywatnymi związkami, choć miłości w tej książce nie brakuje. Miłości do kina i filmów. Miłości, która serca nikomu nie złamie, no chyba, że przyjdzie Wam obejrzeć jedną z polskich komedii romantycznych. Wtedy złamać może się nie tylko serce, ale i mózg od nadmiaru głupoty.

"Krótka książka o miłości" to zbiór aż dziewięćdziesięciu ważnych dla Karoliny Korwin Piotrowskiej filmów, które na dobre zostały jej w pamięci, miały mniejszy lub większy związek z jej życiem i które potencjalnemu czytelnikowi poleca obejrzeć. A nuż widelec któryś się spodoba. Już w "Ćwiartce raz" sporo było na temat kina, tym razem jednak otrzymaliśmy całą, mającą prawie siedemset stron cegłę, w której znajdziemy (w większości, bo jak wiadomo- gusta są różne) miód dla oczu.

Jak sama autorka napisała "[...] nie jest to kolejna nudna książka o filmach i kinie, napisana językiem zrozumiałym tylko dla wybrańców. Nie jest to lista arcydzieł. To nie jest też lista filmów, które "musisz obejrzeć zanim umrzesz".

Pani Karolinie w związku z treścią tej książki można by zarzucić wiele, jednakże już na wstępie wyjaśnione zostają wszelkie niedomówienia, w tym to, dlaczego w "Krótkiej książce o miłości" nie zawarte zostały żadne polskie twory. Przekrój omawianych tytułów jest spory, znajdziemy tutaj zarówno nowsze dzieła, jak i te sprzed ponad trzydziestu lat. Tak samo sprawa ma się z gatunkami. Raz trafiamy na dramat miłosny, kilka stron później na horror, tudzież jakieś młodzieżowe sci-fi. Tak więc każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie. Serwowane przez autorkę opisy są lekkie, napisane "swojskim", charakterystycznym dla niej językiem, przybliżające nie tylko fabułę i tematykę filmu, ale odnoszące się również do okoliczności i emocji z danym tytułem związanych. Dzięki temu poznać można nie tylko wiele interesujących filmów, ale i niejako kawałek samej autorki. Dla dociekliwych nie braknie tu również wielu ciekawostek związanych z reżyserami, aktorami i planem filmowym. Prawdopodobnie jedyną znaczącą wadą, jaką jestem w stanie wypomnieć, to spoilery, które od czasu do czasu Pani Karolina zaserwuje czytelnikom. A chyba nikt nie lubi poznawać zakończenia filmu przed jego obejrzeniem. Nie jest to jednak coś nagminnego, czasami jest to po prostu związane z ogromnymi emocjami towarzyszącymi tej, czy innej scenie, o której nie można było nie napomknąć. Na koniec warto dodać, że pod względem graficznym pozycja ta prezentuje się nie gorzej niż "Ćwiartka". Lubię taką wizualną spójność.

Nie twierdzę, że "Krótka książka o miłości" to pozycja genialna, czy obowiązkowa dla fanów kina. Czasami czytelnik może być zdziwiony, że zabrakło jakiegoś ważnego, przełomowego dla kina filmu, należy wtedy pamiętać, że jest to lektura subiektywna i na jej stronach kino postrzegamy oczami Pani Karoliny. Na dobrą sprawę, podobny zbiór ulubionych, czy wartościowych filmów mógłby stworzyć każdy z Nas. Niemniej jednak była to kolejna miła podróż, dzięki której na mojej liście "do obejrzenia" pojawiło się sporo filmów o których wcześniej nie słyszałem. Teraz zamiast tracić czas na przeglądanie filmwebowych propozycji, po prostu otwieram książkę Karoliny Korwin Piotrowskiej i wybieram kolejny polecany przez nią tytuł (mając nadzieję, że się nie zawiodę, bo ze mną to różnie bywa). Tak więc wcale nie taką krótką książkę o miłości polecam każdemu, bo tak jak w przypadku "Ćwiartki raz" była to lektura przez którą przebrnąłem z dużą przyjemnością.

Ocena książki: 7/10

Plusy:
-duże zróżnicowanie omawianych tytułów
-zawarcie ciekawostek dotyczących poszczególnych filmów, aktorów, reżyserów
-posiłkowanie się emocjami towarzyszącymi autorce podczas seansów

Minusy:
-autorce czasami zdarza się zaspoilerować zakończenie któregoś filmu


Za książkę dziękuję Anicie z vloga Book Reviews